Przyszłość z otyłymi, pobudzonymi i chorymi na serce ludźmi, karmionymi środkami słodzącymi?

baner no photo www marzec 2015

„Jako kultura wyrażamy głęboki sprzeciw wobec propagowania wyrobów tytoniowych wśród dzieci, ale bezczynnie godzimy się z analogicznymi działaniami ze strony koncernów spożywczych. Tymczasem wpływ niewłaściwej diety na zdrowie jest porównywalny do wpływu palenia tytoniu.” Co sądzicie o słowach profesora psychologii i zdrowia publicznego z Uniwersytetu Yale, Kelly Brownell’a?

Pewnie część z Was od razu pomyślała, że to zdecydowanie przesada? Ciasteczko albo batonik od czasu do czasu, to przecież nie taka katastrofa żywieniowa, nieprawdaż? To zależy, jak starannie kupujecie pozostałe produkty spożywcze. Cukier jest wszędzie i nie dotyczy to tylko słodyczy i dżemów.  Substancje słodzące znajdziemy w pieczywie, konserwach, mrożonkach, wekach, daniach gotowych, majonezie, ketchupie, musztardzie, produktach mlecznych, wędlinach, i wielu, wielu innych, o napojach gazowanych już nie wspominając. Przykładem z życia może być poszukiwanie majonezu bez konserwantów i cukru. Znalazłam. Jeden. Po dwóch miesiącach i przeanalizowaniu składu kilkunastu różnych wyrobów. Zachęcam Was wszystkich do poczytania etykiet produktów, nawet z jednej tylko kategorii, podczas cotygodniowych zakupów, sami się przekonacie.

Teraz pewnie sobie myślicie. Ok. No, ale skoro są to środki uznane za bezpieczne przez oficjalne organa rządowe, tzn. że kampanie antycukrowe to jedna, wielka fanaberia sfrustrowanych i niezrealizowanych kucharzy amatorów. Posłużę się więc przykładem. Sami tylko wytwórcy napojów gazowanych wydają rocznie 700 milionów dolarów na zwiększenie popytu na napoje. Natomiast koszty leczenia otyłości i jej skutków, tylko w Stanach Zjednoczonych, wynoszą ponad 90 miliardów dolarów rocznie (to tyle co roczny budżet Polski). W Polsce na walkę z otyłością i jej skutki wydajemy jedyne 11 mld złotych rocznie i jeszcze póki co, nie widzimy w sklepach ludzi tak otyłych, że muszą jeździć na wózkach, bo nie są w stanie się sami poruszać. Niemniej grube i bardzo grube dzieci to już niestety częsty widok. Czy nie lepiej zainwestować w profilaktykę? Nadal uważasz, że wszystkie podejmowane regulacje są racjonalne z punktu widzenia konsumenta? Przecież te pieniądze można byłoby spożytkować inaczej, lepiej, gdyby tylko konsumenci zostali lepiej poinformowani i nieco otrzeźwieli… No właśnie. To wszystko nie jest takie proste.

Myślę, że nawet Krzysztof Kolumb, który podczas II wyprawy do Nowego Świata zabrał ze sobą trzcinę cukrową, nie spodziewał się do czego się przyczyni. Już wówczas, posadzona w Santo Domingo, trzcina cukrowa była przetwarzana w granulowany cukier, a od 1506 importowana do Europy, by zaspokoić rosnące apetyty na słodkości. Niestety, w wyniku brytyjskiej blokady transportu morskiego Francji w 1807 roku, odcięto dostęp do plantacji trzciny cukrowej, więc naukowcy polskiego pochodzenia opracowali metody ekstrakcji cukru z buraków. Trzcina cukrowa i buraki były głównymi źródłami cukru do lat 70 XX wieku, kiedy to ich rosnące ceny przyczyniły się do wynalezienia wysokofruktozowego syropu kukurydzianego (taniego i płynnego). Jak zawsze potrzeba i zysk jest matką wynalazków. No dobrze, ale to dowodzi jedynie ogromnemu popytowi na wszystko co „słodkie”, ale przejdźmy dalej.

Fizyczny głód jest kiepskim motorem zachcianek żywieniowych. Bardzo rzadko zdarza się, żeby organizm i mózg były wyjałowione ze składników odżywczych i wymagały ich uzupełnienia. Do jedzenia skłaniają nas inne motywy: życiowe okoliczności, potrzeby emocjonalne, smak, zapach, wygląd i konsystencja. Pozornie wyglądają one na niezależne od siebie, ale w praktyce buduje się je przy użyciu zaledwie jednego składnika – cukru. A jak dowiedli badacze, mózg reaguje na słodycz podobnie jak na kokainę. Za pierwszy naukowy dowód na istnienie mechanizmów uzależnienia od jedzenia traktuje się badania Anthonyiego Sclafani z 1976 roku, który już jako adiunkt na wydziale psychologii w Brooklyn College celowo tuczył gryzonie do celów badawczych. Szczury pochłaniały słodycze w takich ilościach, że w ciągu kilku tygodni stały się grube. Co więcej, cukrowy nałóg kompletnie zablokował ich biologiczne hamulce. Są też bardziej makabryczne przykłady. Na Florydzie, badacze wytresowali szczury tak, by zjadanie sernika wiązało się z rażeniem prądem elektrycznym. Mimo to, zwierzęta wolały ulec pokusie. A jak się sprawa ma z detoksem? Naukowcy z Princeton odnotowali, że szczury na odwyku po cukrowej diecie wykazywały charakterystyczne objawy zespołu odstawienia, takie jak szczękanie zębami. No ale szczury to nie ludzie, prawda? Nie do końca, bo gryzonie w świecie nauki są traktowane jako niedoskonały wzorzec ludzkich zachowań i fizjologii.

Według kierownika Monell (Chemical Senses Center w Filadelfii) Gary’ego Beauchau, ochota na słone smaki wyrabia się u człowieka w wieku 4/5 miesięcy, natomiast ze skłonnością do słodyczy już się rodzimy. Dlatego tak uwielbiamy wszystko co słodkie. Co więcej, w latach 70 XX wieku naukowcy odkryli, że błędnie interpretowano badania niemieckiego doktoranta z 1901 roku dotyczących stref smaku na języku. Otóż nie tylko czubek języka odczuwa smak słodki. Tak naprawdę całe wnętrze jamy ustnej reaguje na słodycz w oszalały sposób. Receptory wykrywania słodyczy znajdują się w każdym z ok. 10 000 kubków smakowych, które są powiązane z obszarami mózgu tzw. ośrodkami przyjemności. Poza tym, można je także znaleźć w przełyku, żołądku, trzustce i prawdopodobnie wszystkie one powiązane są z odczuwaniem łaknienia. Można więc otyłość zrzucić na ludzką naturę? Niby tak, niemniej ludzkiej naturze chętnie pomagają producenci jedzenia, napędzani popytem przez konsumentów. Dlaczego? W miarę zwiększania intensywności bodźca (np. smaku słodkiego) w produkcie konsumentowi początkowo produkt smakuje coraz bardziej, ale w pewnym momencie, przy średnim poziomie słodkości, ten stan osiąga swoje maksimum. Jest to tzw. poziom błogości. Ni mniej ni więcej, kluczem do sprzedaży artykułu spożywczego jest osiągnięcie optymalnego poziomu błogości, a o ten trudno bez użycia środków słodzących.

Jednak koniem trojańskim tycia, według Karen Teff z Monell, są słodkie napoje. Dlaczego? Bo organizm ma większe kłopoty z oszacowaniem kalorii spożywanych w postaci słodzonych napojów, niż w przypadku potraw o stałej konsystencji. Tak więc napój otumania naturalne mechanizmy regulacyjne, które zapobiegają nadmiernemu wzrostowi masy ciała. Według naukowców, nie ma innego produktu, który byłby szkodliwszy i bardziej odpowiedzialny za kryzys otyłości niż właśnie napoje gazowane. Podam może kolejny przykład. W 1 puszce coli jest 9 łyżeczek cukru. Wyobraźmy więc sobie herbatę posłodzoną taką ilością cukru… „pychotka”. Pójdźmy dalej. W 1 butelce coli o pojemności 0,6 litra jest 15 łyżeczek cukru, w 1 litrze – 26 łyżeczek, zaś w 2 litrach – 44 łyżeczki. Doprawione bąbelkami i dodatkami, stanowi przykład napoju z zoptymalizowanym poziomem błogości. Ale czy tylko napoje gazowane są tak niekorzystna dla zdrowia? Powiedziałabym raczej, że napój gazowany to taki „przyczajony tygrys”. Wiemy, że jest niezdrowy i, przynajmniej większość z nas, z pełną świadomością konsekwencji po niego sięga. Prawdziwym „ukrytym smokiem” są soki. Zaskoczeni? Soki w swoim składzie mają często zagęszczony sok owocowy. Brzmi pysznie i naturalnie, tak… owocowo. Tymczasem, jest zrobiony, owszem, z owoców, poddanych kilku procesom i pozbawionych błonnika i witamin. W gruncie rzeczy pozostaje więc tylko czysty cukier. Zagęszczony sok owocowy, nazywany jest też zubożałym sokiem, a jego wartość jest jedynie wizerunkowa.

Na jakie słodkie składniki jedzenia zwracać jeszcze uwagę? Należą do nich na przykład syrop kukurydziany, dekstroza, cukier inwertowany (syrop glukozowo-fruktozowy), słód, melasa. Ich głównym komponentem jest fruktoza. To taka biała, krystaliczna substancja. W czystej formie odkryta przez francuskiego chemika w 1847 roku, zaś 140 lat później prawdziwe objawienie branży spożywczej. Jest łatwo rozpuszczalna, zachowuje naturalną miękkość takich wyrobów jak ciastka, nadaje aromat i chrupką brązową powierzchnię w trakcie pieczenia, a w mrożonkach zapobiega formowaniu lodu. Stosuje się ją do różnych produktów od jogurtu po lody, od ciastek po pieczywo, a jej roczna produkcja to 240 000 ton. Na skali słodkości, gdzie zwykły cukier (sacharoza) to 100, glukoza to 74, zaś fruktoza ma 173. W 2011 roku badacze z Uniwersytetu Kalifornijskiego przeprowadzili 2 tygodniowe badania na grupie ludzi, którym podawali napój słodzony glukozą, fruktozą albo wysokofruktozowym syropem kukurydzianym. Grupa glukozy wyszła prawie bez szwanku. Zaś u pozostałych odnotowano 25% wzrost poziomu trójglicerydów „złego” cholesterolu oraz białek wiążących kwasy tłuszczowe, które są uznawane za tzw. „markery chorób serca”. Żeby tylko otyłość i choroby serca były problemem. Na Uniwersytecie w Yale, już w 1990 roku dowiedziono, że zjedzenie 2 słodkich babeczek wywołuje u dzieci 10-krotny wzrost poziomu adrenaliny i zmiany w zachowaniu.

Czy przed nami jest więc przyszłość z grubymi, pobudzonymi i chorymi na serce ludźmi od maleńkości szpikowanymi produktami ze środkami słodzącymi? Oby nie. W następnym felietonie postaram się przedstawić alternatywne sposoby na uzyskanie poziomu błogości.

 

 

Materiał przygotowany na podstawie książki Cukier, sól, tłuszcz. Jak uzależniają nas koncerny spożywcze, Michaela Mossa. Tekst opublikowany także na portalu familie.pl

2 thoughts on “Przyszłość z otyłymi, pobudzonymi i chorymi na serce ludźmi, karmionymi środkami słodzącymi?

  • Kwiecień 22, 2015 at 7:03 pm
    Permalink

    „Bardzo rzadko zdarza się, żeby organizm i mózg były wyjałowione ze składników odżywczych” – ja myślę, że wręcz przeciwnie, zdarza się coraz częściej i jest to skutek nieprawidłowego odżywiania się ludzi żywnością bezwartościową, stosowania różnego rodzaju diet odchudzających i nadmiernego stresu. Poza tym, na cukier biały, tak samo jak sól i tłuszcz, trwa nagonka z jednego powodu – ludzie sobie zaszkodzili, bo zaczęli ich nadużywać, co zadziałało w połączeniu z ogólną złą dietą i brakiem aktywności fizycznej.
    Dosłodzić (normalnym cukrem nierafinowanym, nie jakimiś nowomodnymi środkami, które są bardziej szkodliwe), dosolić, czy wykorzystać większą ilość tłuszczu nie jest niczym złym i sama jestem tego przykładem (więcej, cała moja rodzina od pokoleń je ‚normalnie’, ‚tradycyjnie’ i o dziwo nikt nie choruje, długość życia więcej niż zadowalająca. Z tym, że mieszkamy na wsi i wspólnie pracujemy przy gospodarstwie – wszyscy szczupli o doskonałej kondycji). Natomiast zgadzam się, że w sklepie spożywczym nie ma już dobrego pożywienia – jest jadalna chemia spożywcza, która stanowi czynnik chorobotwórczy. To zwyczajna zbrodnia na ludzkości. Ale muszę przyznać, że ten przemysł ‚żarciowy’ nieźle się ustawił… i nawet lekarze korzystają i farmaceuci, cały fitness biznes kwitnie, coraz więcej czerpią z tego psychologowie… A niedługo przybędzie do nas jeszcze trochę ‚ciekawostek’, m.in. GMO – przypuszczam, że kiedy od przyszłego roku zagraniczniacy uzyskają możliwość zakupu naszych gruntów rolnych (jeśli rząd tego nie zablokuje), to zaczną sobie uprawiać swój syf. I wtenczas mogą zostać skażone nasze normalne uprawy (jak już się stało na przykład w USA). Cóż, pożyjemy, zobaczymy. Chyba pora rozważyć budowę hermetycznych szklarni xD
    Pozdrawiam!

    Reply
    • Kwiecień 22, 2015 at 7:43 pm
      Permalink

      Dziękuję za komentarz! O „nowomodnych środkach”, a także tłuszczu i soli jeszcze napiszę. Zachęcam do śledzenia mojego bloga. :)

      Reply

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.